Przez wiele lat żyłam w nieświadomości, gdyż nie wiedziałam że już zaczęła się moja przygoda z rękodziełem. Byłam wtedy w początkowej fazie pierwszej ciąży, kiedy to koleżanka pokazała mi haft krzyżykowy. Obejrzałam tylko jedną gazetę .... i od razu znalazłam obrazek, który stwierdziłam, że wyszyję dla mojej córeczki Zuzi. Zabrałam się od razu do roboty. Niebawem (w luty) mieliśmy jechać na narty (ja w związku z sporym brzuszkiem tylko dla towarzystwa) więc pomyślałam, że gdy wszyscy pójdą na narty a ja .... będę wyszywać i pić gorącą czekoladę w schronisku. I tak też się stało.
Niestety w czasie nart pojechaliśmy też na zakupy i znalazłam puzzle - ilość sztuk 6000. Nie mogłam się powstrzymać, żeby sobie ich nie kupić. Jeszcze w czasie ostatniej kolacji narciarskiej rozdzielałam ramkę od reszty puzzli. Tak na marginesie jestem fanką układania puzzli i zagorzałym narciarzem.
Nie trudno zgadnąć co się stało po powrocie wyszywanka poszła w kąt, a puzzle zajęły pół pokoju i resztę ciąży. Jak zapewne zgadniecie nie zdążyłam ani wyszyć obrazka ani ułożyć puzzli przed porodem (5.5.2005 o wpół do piątej rano).
Dobra więcej nie zanudzam. Albo ... napiszę tylko, że
1. puzzle skończyłam układać w roku 2008 roku jak byłam na macierzyńskim po urodzeniu Oliwki drugiej córeczki
2. wyszywankę skończyłam kiedy Zuzia miała lat 6. A przypomniałam sobie że nie skończona jest gdy pojechaliśmy w 2011 roku na weekend do Rybnika - cudownej kuzynki mego męża Dzooo, u której zaczęłam oglądać i podziwiać jej dekoracje domu. I gdy na wszystkie moję pytania: Gdzie to kupiłaś? słyszałam tylko jedną odpowiedź sama zrobiłam ... i wtedy się zaczęło .... ale to już następnym razem ....
A oto efekty: